środa, 4 sierpnia 2010

KOMPOZYCJA


biedronka
uroniła łzę nad biedą
chociaż pewnie biedronki
nie ronią łez

czarne myśli
przykleiła kropkami do sukni
wyglądały weselej
na czerwonym tle

rozpostarła skrzydła
i całkiem kolorowo
sfrunęła na zielone źdźbło

taki obraz zobaczyła mrówka
nad słonecznikami niebo
w oczach szkło

sobota, 17 lipca 2010

MIESIĄC INNY NIŻ WSZYSTKIE


lipiec ma smak lepkiego miodu
zlewanego w pasiekach
z plastrów wosku do szklanego słoja

zapach lipowych kwiatów
kołyszących się pod ciężarem
brzęczących basem pszczół

dotyk splecionych rąk rytm pulsujących serc
ja Małgorzata biorę sobie ciebie...
ja Adam... ślubuję ci....


lipiec ma barwę promieni słońca
muskających złote obrączki
i bezchmurnego nieba w szczęśliwych oczach

weselnym marszem
opowiada o miłości
ciepło tak

niedziela, 11 lipca 2010

SKŁADANKA ŚLUBNA


podaj rękę
od dzisiaj już razem
pobiegniemy przez życie

od wczesnego poranka
przez dzień cały wieczór noc
i aż po świt

w kalendarzu
zapiszemy własne kartki
przez kolejny miesiąc potem rok

wspólne lata
w bukiet życia ułożymy
niechaj kwitnie i pięknieje w każdy czas

i niech miłość
co złączyła nas w tej chwili
całe życie równie mocno łączy nas

czwartek, 8 lipca 2010

ROZTERKI ETYMOLOGA


ja pożeracz słów
rozgryzam wolność
smakuję kęsami
wolno a mimo to
ością w gardle utkwiła

myślałem bez granic
lepiej mi będzie
bez zasad i norm
gdzie mogę wszystko
zawsze ja i moje

myliłem się bo inni
myśleli tak samo
więc teraz pytam
po co ta wolność
gdy znowu chaos

wtorek, 6 lipca 2010

DOTYK



świat ukrył się w ciemnościach zbyt wcześnie
nie zdążyła poznać łąki
pełnej chabrów i rumianku

wyciągała niepewnie ręce
starając się dotknąć rzeczywistości
abstrakcyjnej i konkretnej zarazem

dłonie stawały się najważniejsze
rozpoznawały kształty
błądząc po ostrościach i wypukłościach

najbardziej zachwycały kwiaty
palcami rozgarniała miękkie pełne wilgoci płatki
przytulała do ciekawej nowych doznań twarzy

delikatnie muskały wtedy nozdrza drażniły usta
chłodziły rozpalone czoło
czuła je całą sobą i to było miłe

zupełnie jak w książce pisanej braillem
której zakończenia rozmytego przez falę
nie przeczyta nigdy

niedziela, 13 czerwca 2010

PRYZMATY MYŚLI IV


posłuchaj moja mała babette
to okręty wpływające do portu
syrenami witają stały ląd

powracają z dalekiej podróży
aby rzucić cumy
bezpiecznie kołysać się na falach
do następnego rejsu

może odpłyną już jutro

pewnie nie raz
przemierzą niespokojne wody
nie jedną przetrzymają burzę
gdy zabłądzą
wyznaczą nowy kurs

najważniejsze
aby miały dokąd wracać

piątek, 4 czerwca 2010

WIOSENNA WARIACJA NA 3/4


- dla Danieli Polasik
inspirowany jej wierszem
pt. "Z wiolinowym kluczem"


z wiolinowym kluczem w kieszeni
pośród świerków żarnowców i bzu
w gęstwinie wiosennej zieleni
biegnie drogą aż braknie jej tchu

poły płaszcza fruną na wietrze
rozpostarte jak ptasie skrzydła
wonią kwiatów nęci powietrze
cieszą oczy liście parzydła

raz pod górę raz w dół za drogą
pod butami żołędziowy grad
pająki zrozumieć nie mogą
skąd na nie deszcz lila płatków spadł

MOŻNA I TAK

W wygodnym fotelu
jak w zwinnym canoe
płyniesz wraz z nurtem Amazonki
w meandrach myśli tropikalny las
anakonda połyka krokodyla
nie potrzebujesz aż tak wiele
może tylko paluszki i keks.

Na południu Afryka
Sahara sypnęła piachem w oczy
nie pomogą pustynne róże
sucho w gardle i tylko w oazach
daktylowe palmy kłaniają się
tamaryszkom fatamorgana
mineralna pod ręką jak dobrze.

Parę kartek na wschód
chiński mur można ominąć
gorzej z Himalajami i Żółtą Rzeką
stożki wulkanów wznoszą się
wysoko nad ryżowe pola
feng – shui i chińskie pałeczki
sprzyjają medytacji przy herbacie.

Daleko do polarnego koła
psie zaprzęgi bez rozkładu jazdy
gdzie Antarktyda a gdzie Arktyka
na skróty przez spis treści wracasz
topnieją kostki lodu w centrum
gdzieś pomiędzy biegunami
bujanego fotela.

wtorek, 1 czerwca 2010

ZAWODY


Poszybowały latawce wysoko
nad dachy domów i korony drzew
na spotkanie pierzastym obłokom
na powitanie rozkrzyczanych mew.

Dziecięcymi rękami trzymane
kreślą w niebie elipsy i koła
czasem wiatrem w połowie złamane
lecą wprost na podniesione czoła.

Hej latawce sunące w przestworzach
jak tam z góry wyglądają dzieci
w lekkiej bryzie wiejącej od morza
kiedy słońce ich twarze oświeci.

sobota, 29 maja 2010

PEŁNIA


w smudze księżycowej poświaty
opadam cieniem na trawę

unoszę ręce
jakbym chciała przepłynąć
na drugi brzeg

kołysz mnie zielona falo
ku przystani bezpiecznej
prowadź

utul jak niemowlę
w objęciach matki

niech nie płyną łzy

niedziela, 23 maja 2010

PRYZMATY MYŚLI III


zostań moja mała babette
na rozstajach dróg
tak łatwo się zgubić

zwłaszcza kiedy myśli
porozrzucał wiatr
a pryzmaty
wśród popiołów
preferują szarość

drogowskazy
rozpostarły ramiona
na powitanie
lub pożegnanie

jak ptaki
szybujące w przestworzach
one są wolne

czy są również
szczęśliwe

PRYZMATY MYŚLI II


widzisz moja mała babette
zwierciadła czasu
odbijają wspomnienia
ożywają cienie
ukryte pod szkłem

na skażonych rysą datach
nie odnajdziesz
kryształowych szlifów
ani myśli zesłanych
na banicję przez mózg

bezdrożami wędrują
potykając się o kamienie
w poszukiwaniu sensu
aż po kres

to tylko pryzmaty
kolorowe szkiełka
dawnych dni

PRYZMATY MYŚLI I




wiesz moja mała babette
życie jest piękne
pomimo wszystko

zwłaszcza wiosną
gdy kolorowe sukienki
bledną w kwiecistych ogrodach
a promienie słońca
załamują się tęczą
w drobinkach deszczowych łez

i ten zapach
subtelnie dobrany
na każdą porę dnia
bardziej zmysłowy
gdy przymkniesz oczy

myśli muszą wtedy zwolnić
chociaż na chwilę

sobota, 15 maja 2010

WIOSNA 2010

konwaliami przystroiłaś zieloną sukienkę
pachnącą źdźbłami traw
falującymi na wietrze

kokardką stokrotek przewiązałaś włosy
poprawiłaś sandały
z białych margaretek

na ramię zarzuciłaś
torebkę z niezapominajek
zapinaną na żółty mlecz

słoneczny blask igrał z cieniem
jakbyś pajdę chleba
podawała na dłoni

jak mam ci powiedzieć
że jaskółki nie powrócą
do pustych gniazd

- pamięci mojej Mamy poświęcam

piątek, 7 maja 2010

NA PRZEDMIEŚCIACH


na przedmieściach
dzień zaczyna się koło południa
zgrzytem klucza w zardzewiałym zamku

czarny kot wygina grzbiet na szczycie dachu
spluwamy przez lewe ramię trzy razy
zanim dosięgnie pech

na przedmieściach
kamienice otrzepują tynki z fasad
obnażają ceglane blizny ze śladami po kulach

w zakurzonych oknach usychają pelargonie
głucho stukają wiekowe okiennice
wiatr roznosi plotki po bramach

na przedmieściach
kochamy pośpiesznie pijemy za dużo
na zdrowie i za lepsze jutro

uciekamy w sen przed świtem
wielkim odlotem byle jakich wspomnień
nie zaczynających się od dzień dobry

niedziela, 2 maja 2010

Z MYŚLĄ O TOBIE



posadziłam w ogrodzie bratki
fioletowe z żółtym środkiem
rozpromienionym jak słoneczko

aksamitne płatki
zachwycały świeżością po zimie
drobne listki wspinały się zielenią ku niebu

powiedziałaś że to nagrobne kwiaty
nie zrozumiałam
cmentarze były wtedy daleko

dziś przemierzam cmentarną alejkę
z doniczką fioletowych bratków w ręce
niepewnie stawiam na ziemi pod krzyżem

sobota, 24 kwietnia 2010

KONCERT W ŚWIETLE LATARNI


Fryderyku...
ostatni dźwięk mazurka
złączył się z wieczorną ciszą

delikatne dłonie
na chwilę znieruchomiały
nad klawiaturą

Fryderyku...
powtórzyły szelestem
wierzbowe liście

wiatr jeszcze długo nucił
podsłuchaną melodię
zaglądając w wilgotne oczy

zanim rozbrzmiały oklaski

sobota, 10 kwietnia 2010

OSTATNI LOT



mgła nad Katyniem
pośmiertnym całunem zawisła nad ziemią
w koleinach drzazgi połamanych drzew

wiosenne źdźbła
zaledwie wzeszły z poszycia lasu
znacząc drogę pasem startowym ku wieczności

płoną znicze
w pamięci żałoby ślad
w kartach historii koło

czarna wstęga na biało - czerwonej

czwartek, 8 kwietnia 2010

TROCHĘ INNY FASON



wełniany szal
z dziurawymi śladami po molach
przez które widać Giewont

dlaczego ocalały splątane frędzle
bez których całość nadal
chroniłaby przed chłodem

teraz nie okrywa nagości
jednak z drugiej strony
szkoda ażurowych widoków

a gdyby tak odwrócić
nowe trendy też muszą mieć
jakieś źródło

sobota, 27 marca 2010

RACHUNEK SUMIENIA



nie rozumiałam
zmęczenia pochylonego nad stołem
wyszczerbień na brzegu kubka do herbaty
gwizd czajnika podrywał z krzesła zbyt szybko

nie słuchałam
łatwiej było wtedy zaprzeczać
układać ziarnka maku między okruchami chleba
czarne kulki zdobiły obrus wielokropkiem

nie potrafiłam
znaleźć chwili na uśmiech
nawet taki zwyczajny z uprzejmości
dzielić czasu na cząstki wspólne pomimo wszystko

niedziela, 21 marca 2010

SZEKSPIRIADA


na balkonie ona – Julka
ruda i piegowata
z motylem kokardy we włosach
i pryszczem na nosie
pięknieje uśmiechem
jak tysiące innych
zakochanych Julii

na dole on – Romek
współczesny Romeo
w niebieskim podkoszulku
włosami do ramion i skoliozą
starannie przeciera okulary
aby lepiej widzieć
swoje rude szczęście

kocham cię – krzyczy
głos nabiera pewności
wspinając się po parapetach
powraca subtelnym pocałunkiem
zdmuchniętym z dłoni
wiatr porusza firankami
w sąsiednich oknach

wtorek, 16 marca 2010

FRASZKI

Na wiecu

powiedział A głosem stanowczym jak przystało na polityka
powiedzieć B już nie zdążył ramiona skulił i uszy zatykał

Doświadczony

krytyk na krytykanctwie poślizgnął się krytycznie
nową modą w krytyce nazwał to błyskawicznie

Uczestnik bójki

najgorsze w tym wszystkim było to
że sam nie wiedział o co tak naprawdę szło

Zgodnie z fizjologią

nie mógł stać stale
na piedestale

Nie wszystko złoto

zakochał się w królewnie
teraz płacze rzewnie

Kolej losu

ślepe zaufanie do słowa pisanego
na manowce zwiodło już niejednego

niedziela, 14 marca 2010

OPTYMALIZACJA

w międzyczasie
wypełniona przestrzeń
od zegara aż po kalendarz

labirynt pokręconych ścieżek
zatopionych w żywopłocie słów
szukam klucza

ostrze ołówka
wolno kreśli grafitową linię
dłuższą niż linia życia na dłoni

szara mysz
zwykle szybciej odnajduje
kawałek sera

nieświadoma
zastawionej pułapki
i tego co jutro

poniedziałek, 15 lutego 2010

PAŹDZIERNIKOWE MEMENTO - opowiadanie

Weszła do pokoju tak niespostrzeżenie. Usiadła na parapecie, wyżej podnosząc głowę.
- Ty –wskazała palcem na mnie.
- Mam na imię Lucyna – odpowiedziałam bez związku.
- Wiem, wiem. Takie imię dała ci matka zaraz po twoim urodzeniu. Dawno temu. Już nawet dobrze nie pamiętam tego dnia. We wrześniu, czy listopadzie sześćdziesiątego drugiego.
- W październiku. Szóstego października – sprostowałam.
- To bez znaczenia – machnęła ręką. – Data jak każda inna. Bo czym różni się październik od pozostałych miesięcy? To tylko miesiąc. No, może ilością dni, która tak różnie wypada: raz trzydzieści, innym razem trzydzieści jeden. Luty... Hm... O, tak. Ten jakiś dziwny. Chyba krótszy i co cztery lata inaczej. Teraz jest chyba luty? – spojrzała na wiszący nad kominkiem kalendarz.
- W październiku na drzewach są kolorowe liście – powiedziałam, nie oglądając się za siebie.
Otworzyła szerzej oczy, jakby pierwszy raz o tym usłyszała. Przez chwilę kołysała się na boki w zupełnej ciszy, po czym spytała krótko:
- Mówisz, że jakie?
- Kolorowe – powtórzyłam cicho. – Kolorowe liście. I odlatują ptaki. W październiku.
Oparła kościste stopy na brzegu fotela. Owinęła kolana czarną, wełnianą chustą i siedziała tak, bez ruchu na brzegu parapetu, jak wielka wrona, wpatrując się w ogień. W końcu poprawiła dłonią czarne kosmyki włosów, które od dłuższego czasu opadały jej na oczy. Językiem zwilżyła wysuszone usta.
- Opowiedz mi – rozkazała.
- O czym?
- O kolorowych liściach. O kolorowych...
- W październiku?
- O kolorowych liściach w październiku – przytaknęła, rozsiadając się wygodniej.
- Jesień tak naprawdę przychodzi właśnie wtedy – zaczęłam. - Z całą paletą farb, jakby chciała pomalować każdy liść i każde źdźbło trawy. Na żółto, czerwono, brązowo, we wszystkich odcieniach tych kolorów, od jasnych, pastelowych, po ciemne, dojrzałe, nasycone głębią, jak wytrawne trunki i wreszcie na rudo. W tym kolorze jesień zwykle ma włosy, a w tych włosach siwieją pajęczyny. Wyczesuje je wieczorem zielonym grzebieniem z kolczastych łupinek kasztanów.
W październiku spadają kasztany. Wiatr strąca je każdym podmuchem, a one pękają, bębniąc o ziemię, asfaltowe ulice, dachy samochodów. Gubią zielone, kolczaste łupinki i toczą się, toczą. Za nimi biegną dzieci i nawet starsi schylają się, aby podnieść, nie dbając o ból w krzyżu.
- Po co komu kasztany? – spytała.
- Kiedy ma się przy sobie patyczki, można zrobić z nich kasztanowe ludziki i zwierzaczki. Czasem kładzie się je przy komputerach, bo chłoną promieniowanie, czy coś takiego. Ja noszę w kieszeni. Na szczęście.
- Pokaż.
Wyjęłam z kieszeni trochę już pomarszczony, zeszłoroczny kasztan
i podałam jej na dłoni..
- Kasztan. Mały, brązowy kasztan. Na szczęście.
Umilkłam na chwilę, uśmiechając się do obrazu, który przywołałam z pamięci.
Poruszyła się niecierpliwie, jak dziecko oczekujące na dalszy ciąg bajki.
- O kolorach opowiadaj. O kolorach. – ponaglała.
- Kolory zmieniają się – mówiłam dalej - jaśnieją w promieniach słońca, płoną w jego zachodzie, a potem szarzeją. Nocą wszystko jest czarne, zwłaszcza kiedy chmury zasłonią księżyc i gwiazdy. W następne dni jest coraz mniej zieleni a więcej brązu, aż do pierwszych mrozów i białych, oszronionych obwódek na liściach. Potem spadają.
- Jak to ?! – oburzyła się.
- Wirują w porywach wiatru, jak kolorowy deszcz. Układają się w prześliczne kobierce, szeleszczące pod butami. Można zbierać bukiety z opadłych liści. Do wazonu. Albo układać w książkach, jak zakładki. Zasuszone zatrzymać do następnego roku. Odlatują też ptaki.... W październiku.
- Dlaczego? – spytała z nieukrywanym zaciekawieniem.
- Tu robi się dla nich za zimno. Lecą na południe tam, gdzie cieplej. Całe klucze dzikich gęsi wesoło pokrzykują, nawołują się, znakami wolności przeszywają niebo.
- Co potem? Kiedy opadną liście i odlecą dzikie gęsi?
- Potem już tylko szaro, pusto, deszczowo i pamięć o zmarłych. A potem zima – posmutniałam. – Ale to już później, jak październik się skończy. Miało być o październiku. Urodziłam się w październiku.
Ponownie się zamyśliła. Trochę dłużej niż poprzednio. Oglądała czarną suknię i chustę wełnianą w tym samym kolorze. Poprawiała czarne włosy, próbując sprawdzić ich kolor w wiszącym na ścianie lustrze. W końcu spojrzała na swój porzucony w kącie, podobny innym rzeczom worek, z którego wystawała kosa.
- Wiesz, chyba muszę to zobaczyć. Pokażesz mi wszystko w październiku. A teraz ufarbuj mi włosy na rudo!

niedziela, 14 lutego 2010

ROZTOPY


pośniegowe błoto
niewiele ma wspólnego z białym puchem
spadłym zaledwie wczoraj

grzęźniemy
ślizgamy się na boki
złorzecząc

trudno wrócić do utraconej równowagi
w płaszczyznach niekoniecznie zbliżonych
do równi pochyłej

na butach pozostają ślady
wędrówek i potknięć
białe jak śnieg słone jak łzy

poniedziałek, 8 lutego 2010

PLĄSY - DĄSY


drgają serpentyny confetti balony
ruda panna w mini i pan podchmielony
błazen siedzi w kącie krzywe berło trzyma
przy stole śpi śnieżka chłopak czy dziewczyna

w nikłym świetle świecy łatwo się pomylić
sędzia guz rozciera zapomniał się schylić
głową huknął w belkę zatoczył się bokiem
zaśmiała się barbie z rozmazanym okiem

nikt nie tańczy nie je potrawy za słone
pośród przebierańców trudno znaleźć żonę
a i mężów jakoś dziwnie nie do pary
dobrze że rok nowy że przeminął stary

żal tylko szampana rozlał się na progu
kończy się karnawał no i chwała Bogu

piątek, 5 lutego 2010

MIAŁO BYĆ O WIOŚNIE


wiosna owszem przyjdzie
kiedy śnieg się roztopi
i kra wodą spłynie

przybiegnie szczebiotem ptaków
łaknących promieni słońca
cieplejszych i jaśniejszych

na tyle wyraźnych
aby założyć gniazdo
przytulić się na chwilę

to jeszcze nie koniec
mruczy stary dąb
dźwigając zmrożone poduchy

za lasem krzyż
utonął w zaspach
jak obraz w lukach pamięci

sobota, 30 stycznia 2010

DRUGIEGO DANIA NIE BĘDZIE


chciałam się tylko ogrzać
nie sparzyć
tak mało ciepła wkoło i we mnie

pośród popiołów
dogasał żar
niepotrzebny nikomu

rozdmuchałeś roziskrzyłeś
ogniem słów
wypalone piętno

wiatr zatrzasnął drzwi
za plecami łzy
utonęły dyskretnie w rosole

środa, 27 stycznia 2010

ETIUDA


byłem młody jestem
może jeszcze kiedyś będę
wbrew metryce i datom na przekór

myśl wciąż skłonna do buntu
stroi się niczym ladacznica
w skrzydlate pióra
przesiąknięte lawendą i dziegciem
pląsami podlotka flirtuje
z wariacją własnego odbicia
w złotej czarze saksofonu

drgają światła i cienie
nabieram powietrza głęboko w płuca
jakbym znów chwytał wiatr w żagle
czule przygarniam wygładzam
dotykam drżącymi ustami
raz jeszcze gram tamtą melodię
tylko dla ciebie

sobota, 16 stycznia 2010

POST SCRIPTUM

rozsypiemy się jak stare próchna
niezauważalnie
opadniemy zeschłym liściem
bezszelestnie
odejdziemy zachodem słońca
nieodwracalnie
knotem świecy wygaśniemy
bezpiecznie

jeszcze tylko kawę wypijemy
bez pośpiechu
zapalimy papierosa
albo dwa
parę słów przemilczymy
w uśmiechu
pokiwamy ręką
no to pa

zabierzemy ze sobą
parę wierszy
i w kieszenie wepchniemy
płatki róż
nie będziemy się więcej kłócić
kto pierwszy
ramionami wzruszymy
no i już

a za sobą zatęsknimy
pewnie nie raz
może kiedyś
jeszcze nie teraz