sobota, 30 czerwca 2012
TRYPTYK: MODERATO
kiedy przyjdą...
niespokojne myśli
na ścianie wyolbrzymienia
splecione w zaciekłej walce
jaką cenę ma śmierć jaką życie
powraca mozaika cieni
z głębin pamięci
jeszcze brzmi w uszach
chrzęst żołnierskich butów
na żwirowej ścieżce
jak dobrze
że jesteś obok
że to nie dziś spróbują
podpalić...
najlepiej jedną zapałką
niewiele ognia trzeba dla chrustu
wiatr rozdmucha z gałązki na gałąź
przy ognisku jaśniej i cieplej
wyciągnięte z żaru kartofle
parzą usta tak samo jak wtedy
suchy trzask syk iskier popioły
krwawe łuny nad dachami
jęzorami zlizują łzy z nieba
zaciskam pięści przysięgam
z pożogi i zgliszczy odbudować
cegła po cegle
twój dom...
nic tak nie rozbudza myśli
jak zapach świeżego chleba
ziarno mąka praca ludzkich rąk
na tej ojczystej ziemi
żądnej krwi i poświęcenia
tak trudnej do kochania
w ogrodzie stara jabłoń
z przestrzelonym na wylot konarem
huśtawka podwieszona na łańcuchach
wczoraj i dziś splecione w jedno teraz
w glinianym wazonie róże
biało - czerwone
· w wierszu wykorzystano fragmenty wiersza Władysława Broniewskiego „Bagnet na broń”
piątek, 18 maja 2012
RETUSZ
w
photoshopie można pozbyć się zmarszczek
delikatnie
uśmiechniętych wokół oczu
i
tych głębszych na czole
rumianą
twarz w alabastrową przemienić
oczom
dodać blasku
a ustom karminu
najważniejsze
są symetrie
regularne
kontury
tu
więcej a tam mniej
metamorfoza
każda
poczwarka zmienia się w motyla
ulotność
chwili bliższej ideału
zdjęcie
i lustro
dwie
twarze
która
z nich bardziej moja?
sobota, 10 marca 2012
NA BARYKADACH

stajemy naprzeciw siebie
uzbrojeni w słowa
które ranią
gdyby mogły zabijać
z pewnością byłoby łatwiej
odwrócić się plecami
odejść
zamilknąć
na zawsze
środa, 7 marca 2012
OBOK SIEBIE

różnimy się prawie wszystkim
kolorem oczu włosów skóry
inne mamy korzenie i korony drzew
odmienną też kulturę
nawet bogów mamy innych
albo nie mamy ich wcale
przesuwamy paciorki różańca
lub wielobarwne koraliki
nanizane na nitkę
szeptem powtarzamy słowa
w niezrozumiałym wzajemnie języku
i tylko ziemia ta sama
na której ślad stóp
przeminie
niedziela, 29 stycznia 2012
SCENARIUSZ

zawsze pozostanie nam peron czwarty
z drewnianą ławką
wciśniętą między latarnię i dworcowy zegar
wskazówki dokładnie odmierzają chwile
stąd roztacza się rozległy widok na rozjazdy
panoramę torowisk z kępami traw gdzieś pomiędzy
podobno jesień sprzyja pożegnaniom
zwłaszcza tu na stacji
tak odległej od Casablanki
inny czas
inne miejsce
gęstnieje mgła nad kawą z termosu
nie jesteśmy jak Rick i Ilsa
nie musimy grać do końca
swoich ról
niedziela, 22 stycznia 2012
DZIADEK
dziadek miał wielkie sercetakie czekoladowe
z piernika
rozpływało się
gorącym uśmiechem
na nasz widok
lgnęliśmy jak muchy
umorusani szybowaliśmy
w przestworzach
i cały świat był nasz
z ostatnim słowem
ciszą opadaliśmy
na trawę
pod gruszą
dość było miejsca
dla wszystkich
sobota, 21 stycznia 2012
BABCIA

pachniała zawsze tak samo
goździkami i cynamonem
ciasteczkami wyjętymi wprost z pieca
wbiegaliśmy trzaskając drzwiami
z błotem na butach
i pustką w żołądku
rozdawała po jednym
wygładzała rozczochrane głowy
o wykrochmalony fartuch
odchodziliśmy ugłaskani
z okruszkami serca
w dłoniach i w sobie
piątek, 6 stycznia 2012
OGNIWA ŁAŃCUCHA
niepotrzebniwyczekują w kolejkach po chleb i do lekarza
mówią zwykle dużo i jakby nie na temat
albo godzinami milczą
wpatrując się uparcie w coś czego nie widać
zwariowane życie
kręci się gdzieś obok jak karuzela
która odśrodkową siłą pozbywa się
nadmiaru
podróżują autobusem lub tramwajem
nie płacąc za przejazd
obcasami wystukują sekundy
w spowolnionym tempie
bywają tacy nieporadni
zniecierpliwieniem maskują ułomności
każdego dnia zaciekle walczą o następny
z czasem który bruzdami piętnuje twarz
z czasem kiedy się zapomina
że życie nabiera prawdziwego sensu
dopiero wtedy gdy młodość
łączy się z doświadczeniem
tak jak przenikają się
kolejne ogniwa jednego łańcucha:
bez tego co było
nie byłoby tego co jest
niepotrzebni ?
środa, 28 grudnia 2011
ROZMYŚLANIA WIGILIJNE
a gdybyś tak Maleńki Jezu
urodził się właśnie teraz
czy byłoby dla Ciebie miejsce
nie w szopie nie w żłobie
nie w nędznej stajence
czy gwiazda betlejemska
świeciłaby tak jasno
że ponad krzykliwą reklamą
widziałoby ją miasto
czy wiecznie spóźnieni ludzie
skłoniliby na chwilę głowy
zostawiając giełdowe kursy
wyprzedaże sensacje
świat komputerowy
i czy mędrcy w garniturach
królowie bez korony
z darami by ruszyli
w nieznane im strony
a gdybyś tak Maleńki Jezu
urodził się właśnie teraz
jak by to dzisiaj było
zastanawiam się nieraz
urodził się właśnie teraz
czy byłoby dla Ciebie miejsce
nie w szopie nie w żłobie

nie w nędznej stajence
czy gwiazda betlejemska
świeciłaby tak jasno
że ponad krzykliwą reklamą
widziałoby ją miasto
czy wiecznie spóźnieni ludzie
skłoniliby na chwilę głowy
zostawiając giełdowe kursy
wyprzedaże sensacje
świat komputerowy
i czy mędrcy w garniturach
królowie bez korony
z darami by ruszyli
w nieznane im strony
a gdybyś tak Maleńki Jezu
urodził się właśnie teraz
jak by to dzisiaj było
zastanawiam się nieraz
środa, 21 grudnia 2011
BEZ ANTRAKTU

szepty i podszepty
w głowie chaos
podobno to on był na początku
zanim odpadły skrzydła
teatralny rekwizyt minionej epoki
powędrował do torby na laptop
życie pełne jest nonsensów
anielskie podskoki do gwiazd
to tylko jasełka
dla garstki niewybrednych
których być może nikt nigdy nie kochał
po schodach w dół
wybiegam przez rozsuwane drzwi
z wnętrza na zewnątrz
potykam się na krawężniku
jeszcze jeden niezgrabny skłon
na granicy niedoskonałości
nie jestem aniołem
aureola potoczyła się po chodniku
zapomniałam odpiąć
poniedziałek, 21 listopada 2011
MIKSER

szklany klosz
kruchą warstwą oddziela
ja – tutaj od ja – tam
wzrokiem przenikam przezroczystość
myśli biegną bez granic
rozproszenie zwrot kondensacja
ile jesieni zostało poza mną
ile srogich zim upojnych wiosen
ile burzliwych lat
wykreślam sobą linię życia
stąd można postawić następny krok
w każdą stronę
dotykam szkła
zostają ślady linii papilarnych
podobno niepowtarzalne
wyjątkowe
wtorek, 1 listopada 2011
JESIENNE IMPRESJE

jesiennie deszczowo
kolczaste łupiny na chodniku
i nawet dzikie gęsi
kluczami znaczą niebo
które zamknęło drzwi
te do błękitu drzwi
kropla za kroplą
struga za strugą
w kałuży coraz więcej łzawych kręgów
wirują liście wkoło
porywem wiatru gnane
opustoszały parki i ogrody
jesiennie deszczowo
kołnierze wysoko postawione
nad głową bure chmury
brzuchami chronią niebo
które zamknęło drzwi
te do błękitu drzwi
kropla za kroplą
struga za strugą
pod parasolem coraz więcej wspomnień
w wazonach chryzantemy
złocą się niby słońca
w lampkach dogasa nikły płomień świecy
a ponad wszystkim niebo
nieczułe na westchnienia
które zamknęło drzwi
te do błękitu drzwi
jesienne impresje
deszczowe układanki
jesienne impresje
deszczowe malowanki...
czwartek, 25 sierpnia 2011
PÓKI NIE ZATRZASNĄ SIĘ DRZWI
zawtóruję ptasim trelom przed świtem
zanim ugodzony refleksem światła
granat nocy zblednie
rozkołyszę się z wiatrem wśród pszenicznych łanów
dłonie do modlitwy złożę
w podziękowaniu za chleb
odszukam zagubioną muszlę
oczyszczę z piasku do ucha przyłożę
z szumem morskich fal odpłynę poza horyzont
zachód słońca w źrenicach zgłębię
purpurą i złotem szaty przyozdobię
odwrócę się na moment przez chwilę jeszcze będę
póki nie zatrzasną się drzwi...
czwartek, 14 lipca 2011
MANSARDA

parę metrów kwadratowych
i skośny dach z oknem
w którym niebo zmienia oblicze
z niebieskiej beztroski
na bury gniew
rozogniony gromem błyskawic
łzawa bezsilność
sączy się przez nieszczelne
niedomknięte
ze szczególnym naciskiem na nie
kiedy negacja przybiera formę buntu
buntownikiem można zostać
w najbardziej nieoczekiwanej chwili
nie robiąc absolutnie nic
ponad to co konieczne
wtorek, 14 czerwca 2011
CUDA - WIANKI, CZYLI REJS ŁÓDKĄ ZE STERNIKIEM

siedzieliśmy wkoło żeliwnego kociołka
ogień rozgrzewał nie tylko ręce
wnętrze powoli wypełniało się treścią
a jednak wciąż byliśmy głodni
słów i siebie nawzajem
zwłaszcza tu
tak daleko od wczoraj
i tego co zostało za plecami
falowało zboże
żeglowaliśmy coraz śmielej
w podkrakowską noc
palcami dotykając strun
splatając cumy z wersów
przyjedźcie nad Biebrzę
zaproponowałaś
po raz kolejny odkryliśmy
że są chwile
dla których kilometry nie mają znaczenia
Siedliska, 10-12.06.2011
NOWA ANTOLOGIA
"21 w skali Beauforta"
Wiersze 21 autorów portalu "Na Łódce Poezji", Sandomierz 2011
Redakcja i korekta - Janusz Kwiek
Tytuł i opracowanie graficzne - Basia Rogowska
Okładka - na podstawie obrazu "Żywioły" art. mal. Jerzego Zawrzykraja
Autorzy: Arkadiusz Kiński, Basia Rogowska, Daniela Polasik, Dorota Strugała, Janusz Kwiek, Joanna Danuta Bieleń, Joanna Pisarska, Jolanta Sztejka, Katarzyna Zychla, Krystyna Czarnecka, Krystyna Gudel, Lucyna Siemińska, Marcin Chronimski, Marta Gracz, Marta Precht, Monika Grobelna, Piotr Konczak, Przemysław Ślęzak, Sławomir Jankowski, Zbigniew Michalski, Zofia Lesiewicz
piątek, 29 kwietnia 2011
W BOSKIEJ KAWIARENCE

a może teraz odpoczywasz
w boskiej kawiarence
w wygodnym fotelu
przy białym stoliku
może właśnie spożywasz
niebiańskie kremówki
pijesz kawę
nieziemsko pyszną
a góralska aniołów kapela
przygrywa na smykach
i rajskich dzwonkach
i wyglądasz przez okno
i nam błogosławisz
jak wtedy
jak dziś
już zawsze
sobota, 23 kwietnia 2011
sobota, 16 kwietnia 2011
NIECO ROMANTYCZNIE

usiądę na chwilę przy stole
na którym tulipany
wznoszą pełne kielichy
zachłysnę się ich zapachem
upiję świeżą wonią do dna
i nie ważne że noc
rozkołysze się na sąsiednim krześle
wiosennie lub sennie
kiedy z cichym sykiem
wygaśnie płomień świec
czwartek, 17 marca 2011
ABECADŁO

- być może dalszy ciąg wiersza Tadeusza Żeleńskiego- Boya wyglądałby właśnie tak:
Fascynacja Felicją formalnością fali
Do serca nie przypadła, bo była ze stali.
Więcej czasu poświęcała półmiskom niż mnie.
Figlowanie, to fraszka, ale z Felą, to fe!
Grażyna gawędziła z Gracjanem na grzędzie,
Jaki słodki ich pierwszy pocałunek będzie.
Najważniejsza to chwila w całym związku przecie.
Głos gubiła, gdy Gracjan gustował w gorsecie
Histeryczną Hiacyntę huśtał na huśtawce,
Dbając o to, by w końcu usiadła na trawce,
Miłym rozkołysaniem natury zdejmując
Haftowanej halki hermetyczny hamulec
Ideolog Izydor ignorował Igę
Do czasu, gdy w stogu siana zgubił raz igłę.
Szukali blisko siebie, pobłądziły ręce,
Idyllą intymności igrały intencje.
Jasnowłosa Julka jadła jabłka jedynie.
Tylko takie, co Janek zrywał na drabinie.
Gdy raz pomylił owoc z jędrną biustu kulką.
„Jutro” jęknęli jednocześnie, Janek z Julką.
- i być może dalszy ciąg jeszcze kiedyś nastąpi
sobota, 5 marca 2011
NIGDY MI JEJ TAK NIE BRAKOWAŁO...

ławka w ogrodzie odmarzała powoli
wciśnięta w ażurowe falbany
przyciasnej lodowej kiecki
której boki nęciły nagością
nie patrzył nikt
tancerka odwróciła kamienną twarz
szalem zakrywając serce
wyryte scyzorykiem na pamiątkę
nawet stare gwoździe
wykrzywiały się coraz leniwiej
podnosiły łby ku słońcu
niechętnie obnażając rdzawe plamy
tylko ptaki przysiadały na dłużej
stroszyły pióra w oczekiwaniu
aż garścią rzucę ziarno
wiedząc że i tak nie zakiełkuje
wtorek, 25 stycznia 2011

Antologia zawierająca wiersze 20 współczesnych poetów:
Małgorzata Angel, Bernadetta Bąkowska, Joanna Danuta Bieleń,
Agata Cichy, Hanna Goszyc,Marta Gracz, Jerzy Granowski,
Arkadiusz Irek, Barbara Wiesława Jendrzejewska Kazimierz Linda,
Christian Medardus Manteuffel, Ewa Willaume - Pielka,
Daniela Polasik, Piotr Prokopiak,Alina Rzepecka,
Lucyna Siemińska, Dorota Strugała,Jadwiga Stróżykiewicz,
Aleksandra Tarkowska, Henryka Wołoszyk.
Redakcja: Marta Gracz
Komentarz: Tadeusz Dudek
Ilustracje: Małgorzata Angel
Wydawnictwo: Małe Wydawnictwo, Kraków 2010

Antologia z wierszami 36 poetów: Joanna Danuta Bieleń, Małgorzata Błońska, Maria Borcz, Grażyna Cebo-Więcek, Dariusz Chrobak, Emilia Deutsch, Stanisław Dominiak, Bożena Fic, Jacek Furmański, Marta E. Gajewska, Paweł Garnecki, Alicja Godycka, Piotr Goszczycki, Jerzy Granowski, Barbara Wiesława Jendrzejewska, Jadwiga Mariola Jankowska, Jacek Karolak, Kamila Kasprzak, Irmina Kosmala, Krzysztof Kowalczyk, Zbigniew Kurzyński, Andrzej Mestwin, Radosław Orzeł, Danuta Pawłowska-Skibińska, Wiesław Piwowarski, Sławomir Płatek, Piotr Wiesław Rudzki, Lucyna Siemińska, Jerzy Stasiewicz, Paweł Soroka, Agnieszka Terlecka, Izabela Wageman, Ewa Willaume-Pielka, Elżbieta Wojdała-Lis, Henryka Wołoszyk, Marek Zienkowicz.
Redakcja: Piotr Goszczycki
Fotografie: Piotr Wiesław Rudzki
Słowo wstępne: Agnieszka Goszczycka
Wydawnictwo: Komograf, Warszawa, 2010
czwartek, 6 stycznia 2011
Boże Narodzenie

tamtej nocy w Betlejem nie prószył śnieg
mróz nie malował kwiatów na szybie
i nikt nie nacisnął dzwonka u drzwi
patrzyła głodnymi oczami kiedy łamałam chleb na pół
drżącą z zimna ręką kreśliła znak krzyża
tak jak kiedyś moja matka zanim rozkroiła bochenek
rozmarzałyśmy
oszronione spływało łzami
lodowiec w sercu się cofał
poprosiłam aby wzięła również rękawiczki
były jej bardziej potrzebne
niż mnie
środa, 22 grudnia 2010
sobota, 11 grudnia 2010
PLUS MINUS

gwiazdko
migocząca złotą broszką
na granacie nieba
ty tam a ja tu
pomiędzy nami przestrzeń
mierzona w latach świetlnych
pamięć utrwala blask
niezauważalną chwilą
może już nie istniejesz
podobnie jak ja dla ciebie
chociaż myśli wciąż podążają
ku nieskończoności
poniedziałek, 6 grudnia 2010
KTO WIERZY W CUDA

Święty Mikołaj z piernika
głowę lukrowaną czapką ozdobił
podszedł do okna jakby trochę utykał
ciepłe buty na nogi włożył
strzepnął z ramion cukier puder
a może był to pierwszy śnieg
gwizdnął przeciągle podskoczył na próbę
w zamarzniętej szybie zmarszczył brew
i z parapetu lekko jak gęsie piórko
wskoczył między worki do srebrnych sań
ślady na śniegu pozostały za furtką
tam gdzie renifery czekały nań
przecieram oczy jeszcze nie wierzę
zaprzęg wesoło wśród gwiazd pomyka
w kuchni zostały puste talerze
po wigilijnych ciastkach z piernika
CZAS ROZSTANIA
bólu mój
smutku wszechobecny
kolczastymi łodygami rani bukiet róż
szeptem powtarzam słowa miłości
ciche zaklęcia kochanków
ukryte wśród upojnej woni

karmin ust z pąsem kwiatów się zlewa
w jedną gamę kolorów rozcieńczoną łzami
bez granic bez wstydu
wiatr szelestem liści
otula wygłusza
dyskretnie wtóruje porywom serca
mały wóz przybity do nieba
odjeżdża tuż za tym wielkim
złote nity dyszla wskazują polaris
smutku wszechobecny
kolczastymi łodygami rani bukiet róż
szeptem powtarzam słowa miłości
ciche zaklęcia kochanków
ukryte wśród upojnej woni

karmin ust z pąsem kwiatów się zlewa
w jedną gamę kolorów rozcieńczoną łzami
bez granic bez wstydu
wiatr szelestem liści
otula wygłusza
dyskretnie wtóruje porywom serca
mały wóz przybity do nieba
odjeżdża tuż za tym wielkim
złote nity dyszla wskazują polaris
niedziela, 28 listopada 2010
BEZKRESY

słońce gaśnie gdzieś za plecami
ciepłym promieniem
poklepuje po ramieniu
coś się kończy
coś zaczyna
zwykła rzecz
wskazówka cienia
wyznacza inny kurs
wydłuża się w stronę widnokręgu
przede mną pola lawendy
wezbrane wzburzoną falą fioletu
na wiotkich łodyżkach przypływy i odpływy
w niezdecydowaniu
musi być jakiś sens
stoję na brzegu
to nieprawda
że sztormowym wichrom bliżej
do love end owych pól
wtorek, 16 listopada 2010
DEPRESSO CAFE

sentymentalnie...
niedzisiejszo niepopularnie
na przekór trendom
inaczej tak pod wiatr
z uczuć potęgą
sentymentalnie...
tak staroświecko że nawet dziecko
powie ci
już nie liczą się łzy
śmieszne i tanie
serce jak kamień....
tylko to mówią usta
a wewnątrz pustka
idealnie tak realnie
aż po krzyk
sentymentalnie...
sobota, 6 listopada 2010
POŚPIESZNYM DO KRAKOWA

Spakowałam do torby koszulę i buty,
babciny kłębek wełny, metalowe druty.
Babcia dziergała na nich fantastyczne swetry,
rękawiczki na zimę i pasiaste getry.
Chodziłyśmy do szkoły z podniesioną głową,
otuloną w czapeczkę z pomponem, zimową.
Pamiętam rudą sąsiadkę z trzeciego piętra.
Wyglądała przez okno i paliła skręta
(papierosy były wtedy tylko na kartki),
we włosy wplatała takie śmieszne kokardki.
Pociąg do Krakowa odjechał punktualnie.
W przedziale parę osób, całkiem normalnie.
W narożniku chłopak przytulony do szyby,
podobny do Karola, który wpadł w pokrzywy.
Biedak bose miał stopy, więc go piekło srodze.
Krzyczał w niebogłosy, skakał na jednej nodze,
machał rękami tak, jakby osy odganiał.
Zlitowała się nad nim koleżanka Hania.
Z pokrzyw wyprowadziła, trzymając za szyję,
szeptała mu do ucha, że przecież przeżyje.
Z tego szeptania wyszła potem niezła draka:
okrzyknęli wszyscy, że Hania ma chłopaka.
Spisaliśmy ten fakt w obozowym dzienniku,
a Hania i Karol wzięli ślub w październiku.
Teraz do nich jadę pociągiem do Krakowa.
Z tyłu została jakaś stacja kolejowa.
Do przedziału wszedł starszy jegomość z walizką.
Z ręki wypadł kapelusz , więc schylił się nisko.
Kiedy pociąg przyspieszył, stracił równowagę,
próbował mimo wszystko zachować powagę.
Oparł się o kolana zupełnie przypadkiem
i to go uchroniło przed nagłym upadkiem.
Poczerwieniał na twarzy, przepraszał serdecznie,
usiadł obok i zamknął oczy ostatecznie,
żeby nie widzieć tego, co wokół się dzieje.
Kątem oka dostrzegłam, że chłopak się śmieje.
Panna z naprzeciwka również stroiła miny,
ruszając stopami, na których baleriny
wyjątkowego różu raziły odcieniem,
zwłaszcza z zielenią sukni kiepskim zestawieniem.
Przypomniało mi to nieco inne zdarzenie,
gdy w studenckich czasach każdy figiel był w cenie.
Na urodzinowym stole stał ogromny tort.
Przesłodka ohyda w kolorach wściekłych jak czort.
Na środku lukrowane usta i litery:
„życzę byś się nie starzał do jasnej cholery”.
Do przedziału wszedł konduktor, sprawdzał bilety.
Jakoś nie mogłam swojego znaleźć, niestety.
Zapłaciłam karę i już smętna, jak sowa,
po paru godzinach dotarłam do Krakowa
Subskrybuj:
Posty (Atom)




