wtorek, 25 stycznia 2011


Antologia zawierająca wiersze 20 współczesnych poetów:
Małgorzata Angel, Bernadetta Bąkowska, Joanna Danuta Bieleń,
Agata Cichy, Hanna Goszyc,Marta Gracz, Jerzy Granowski,
Arkadiusz Irek, Barbara Wiesława Jendrzejewska Kazimierz Linda,
Christian Medardus Manteuffel, Ewa Willaume - Pielka,
Daniela Polasik, Piotr Prokopiak,Alina Rzepecka,
Lucyna Siemińska, Dorota Strugała,Jadwiga Stróżykiewicz,
Aleksandra Tarkowska, Henryka Wołoszyk.

Redakcja: Marta Gracz
Komentarz: Tadeusz Dudek
Ilustracje: Małgorzata Angel
Wydawnictwo: Małe Wydawnictwo, Kraków 2010



Antologia z wierszami 36 poetów: Joanna Danuta Bieleń, Małgorzata Błońska, Maria Borcz, Grażyna Cebo-Więcek, Dariusz Chrobak, Emilia Deutsch, Stanisław Dominiak, Bożena Fic, Jacek Furmański, Marta E. Gajewska, Paweł Garnecki, Alicja Godycka, Piotr Goszczycki, Jerzy Granowski, Barbara Wiesława Jendrzejewska, Jadwiga Mariola Jankowska, Jacek Karolak, Kamila Kasprzak, Irmina Kosmala, Krzysztof Kowalczyk, Zbigniew Kurzyński, Andrzej Mestwin, Radosław Orzeł, Danuta Pawłowska-Skibińska, Wiesław Piwowarski, Sławomir Płatek, Piotr Wiesław Rudzki, Lucyna Siemińska, Jerzy Stasiewicz, Paweł Soroka, Agnieszka Terlecka, Izabela Wageman, Ewa Willaume-Pielka, Elżbieta Wojdała-Lis, Henryka Wołoszyk, Marek Zienkowicz.

Redakcja: Piotr Goszczycki
Fotografie: Piotr Wiesław Rudzki
Słowo wstępne: Agnieszka Goszczycka
Wydawnictwo: Komograf, Warszawa, 2010

czwartek, 6 stycznia 2011

Boże Narodzenie



tamtej nocy w Betlejem nie prószył śnieg
mróz nie malował kwiatów na szybie
i nikt nie nacisnął dzwonka u drzwi

patrzyła głodnymi oczami kiedy łamałam chleb na pół
drżącą z zimna ręką kreśliła znak krzyża
tak jak kiedyś moja matka zanim rozkroiła bochenek

rozmarzałyśmy
oszronione spływało łzami
lodowiec w sercu się cofał

poprosiłam aby wzięła również rękawiczki
były jej bardziej potrzebne
niż mnie

środa, 22 grudnia 2010

sobota, 11 grudnia 2010

PLUS MINUS


gwiazdko
migocząca złotą broszką
na granacie nieba

ty tam a ja tu
pomiędzy nami przestrzeń
mierzona w latach świetlnych

pamięć utrwala blask
niezauważalną chwilą
może już nie istniejesz

podobnie jak ja dla ciebie
chociaż myśli wciąż podążają
ku nieskończoności

poniedziałek, 6 grudnia 2010

KTO WIERZY W CUDA



Święty Mikołaj z piernika
głowę lukrowaną czapką ozdobił
podszedł do okna jakby trochę utykał
ciepłe buty na nogi włożył

strzepnął z ramion cukier puder
a może był to pierwszy śnieg
gwizdnął przeciągle podskoczył na próbę
w zamarzniętej szybie zmarszczył brew

i z parapetu lekko jak gęsie piórko
wskoczył między worki do srebrnych sań
ślady na śniegu pozostały za furtką
tam gdzie renifery czekały nań

przecieram oczy jeszcze nie wierzę
zaprzęg wesoło wśród gwiazd pomyka
w kuchni zostały puste talerze
po wigilijnych ciastkach z piernika

CZAS ROZSTANIA

bólu mój
smutku wszechobecny
kolczastymi łodygami rani bukiet róż

szeptem powtarzam słowa miłości
ciche zaklęcia kochanków
ukryte wśród upojnej woni

karmin ust z pąsem kwiatów się zlewa
w jedną gamę kolorów rozcieńczoną łzami
bez granic bez wstydu

wiatr szelestem liści
otula wygłusza
dyskretnie wtóruje porywom serca

mały wóz przybity do nieba
odjeżdża tuż za tym wielkim
złote nity dyszla wskazują polaris

niedziela, 28 listopada 2010

BEZKRESY



słońce gaśnie gdzieś za plecami
ciepłym promieniem
poklepuje po ramieniu

coś się kończy
coś zaczyna
zwykła rzecz

wskazówka cienia
wyznacza inny kurs
wydłuża się w stronę widnokręgu

przede mną pola lawendy
wezbrane wzburzoną falą fioletu
na wiotkich łodyżkach przypływy i odpływy

w niezdecydowaniu
musi być jakiś sens
stoję na brzegu

to nieprawda
że sztormowym wichrom bliżej
do love end owych pól

wtorek, 16 listopada 2010

DEPRESSO CAFE



sentymentalnie...

niedzisiejszo niepopularnie
na przekór trendom
inaczej tak pod wiatr
z uczuć potęgą

sentymentalnie...

tak staroświecko że nawet dziecko
powie ci
już nie liczą się łzy
śmieszne i tanie

serce jak kamień....

tylko to mówią usta
a wewnątrz pustka
idealnie tak realnie
aż po krzyk

sentymentalnie...

sobota, 6 listopada 2010

POŚPIESZNYM DO KRAKOWA


Spakowałam do torby koszulę i buty,
babciny kłębek wełny, metalowe druty.
Babcia dziergała na nich fantastyczne swetry,
rękawiczki na zimę i pasiaste getry.
Chodziłyśmy do szkoły z podniesioną głową,
otuloną w czapeczkę z pomponem, zimową.

Pamiętam rudą sąsiadkę z trzeciego piętra.
Wyglądała przez okno i paliła skręta
(papierosy były wtedy tylko na kartki),
we włosy wplatała takie śmieszne kokardki.

Pociąg do Krakowa odjechał punktualnie.
W przedziale parę osób, całkiem normalnie.
W narożniku chłopak przytulony do szyby,
podobny do Karola, który wpadł w pokrzywy.

Biedak bose miał stopy, więc go piekło srodze.
Krzyczał w niebogłosy, skakał na jednej nodze,
machał rękami tak, jakby osy odganiał.
Zlitowała się nad nim koleżanka Hania.
Z pokrzyw wyprowadziła, trzymając za szyję,
szeptała mu do ucha, że przecież przeżyje.
Z tego szeptania wyszła potem niezła draka:
okrzyknęli wszyscy, że Hania ma chłopaka.
Spisaliśmy ten fakt w obozowym dzienniku,
a Hania i Karol wzięli ślub w październiku.
Teraz do nich jadę pociągiem do Krakowa.
Z tyłu została jakaś stacja kolejowa.

Do przedziału wszedł starszy jegomość z walizką.
Z ręki wypadł kapelusz , więc schylił się nisko.
Kiedy pociąg przyspieszył, stracił równowagę,
próbował mimo wszystko zachować powagę.
Oparł się o kolana zupełnie przypadkiem
i to go uchroniło przed nagłym upadkiem.
Poczerwieniał na twarzy, przepraszał serdecznie,
usiadł obok i zamknął oczy ostatecznie,
żeby nie widzieć tego, co wokół się dzieje.
Kątem oka dostrzegłam, że chłopak się śmieje.
Panna z naprzeciwka również stroiła miny,
ruszając stopami, na których baleriny
wyjątkowego różu raziły odcieniem,
zwłaszcza z zielenią sukni kiepskim zestawieniem.

Przypomniało mi to nieco inne zdarzenie,
gdy w studenckich czasach każdy figiel był w cenie.
Na urodzinowym stole stał ogromny tort.
Przesłodka ohyda w kolorach wściekłych jak czort.
Na środku lukrowane usta i litery:
„życzę byś się nie starzał do jasnej cholery”.

Do przedziału wszedł konduktor, sprawdzał bilety.
Jakoś nie mogłam swojego znaleźć, niestety.
Zapłaciłam karę i już smętna, jak sowa,
po paru godzinach dotarłam do Krakowa

niedziela, 31 października 2010

UCIECZKA W SEN



posłuchaj zawodzenia wiatru wśród gałęzi
listopadową porą tam gdzie znicze płoną
szemranej deszczowymi łzami opowieści
pod granatowej nocy dyskretną zasłoną

odchodziła kiedy już nic nie pozostało
pod brzemieniem losu załamując ramiona
chociaż serce w piersi jeszcze kołatało
w głowie kiełkowała myśl okrutna szalona

jak liść jesienny co barwę traci powoli
najpierw żółcienie potem brązy preferując
aż po bezbarwność przezroczystej aureoli
nabrzmiałej żylastymi nerwami pod skórą

co jeszcze tętnią życiodajnymi sokami
chociaż coraz leniwiej i bardziej ospale
tak przytulona do mchu pomiędzy brzozami
umierała samotnie pod gęstej mgły szalem

dziś krótkie epitafium na nagrobnej płycie
osiem liter wyrytych w owalnym kamieniu
z trzech sióstr jako ostatnia zakończyła życie
ta co do końca niosła nadzieję w imieniu

wtorek, 26 października 2010

ZA KULISAMI DNIA

podzieliła włosy na trzy pasma
z subiektywnym przekonaniem
że po równo rozkłada atrybuty czasu

przeszłość teraźniejszość przyszłość
zaplatała starannie
dbając o szczegóły

najpierw z prawej na lewą

dziecięca beztroska
znajdowała wytchnienie w uśmiechniętym
spokojnym śnie

potem z lewej na prawą

w lustrze podkrążone oczy
przyglądają się zmęczonej twarzy
i nie poznają

z prawej na lewą

nie będzie obiadu
a pelargonie uschną w doniczkach
gdy zabraknie

młodość odeszła tak szybko
pierwszy pocałunek wciąż rozkwita w sercu
jeszcze tyle planów czy wystarczy dni

kolejny splot


parę włosów pozostało w garści
nie wiadomo z którego pasma
niepokoju nie uda się wymierzyć

wczoraj nie musiała udawać
dzisiaj zaplata drżącymi palcami
jutra nie będzie pamiętać

z lewej na prawą raz jeszcze

poprawiła przewiązała różową wstążeczką
wyprostowała się w pełnej gotowości
odcięła nożycami tuż przy skórze

sobota, 23 października 2010

WĘGLARKA



wyciągnęła ręce nad węglową kuchnią
czarne bryły żarzyły się ogniem
wśród korony płomieni
przyjemnie rozgrzewały skostniałe palce

od czegoś trzeba było zacząć
nawet kiedy w okna sypnął pierwszy śnieg
pod progiem zakopała węgielny kamień
podwalinę pod stabilny dom

święcie wierzyła w magiczną moc
zrodzonego przez matkę ziemię
wydobytego górniczym trudem
będzie dobrze powtarzała z wiarą

będzie dobrze szeptała z nadzieją
intensywnie wpatrując się
w tę ukochaną sól ziemi
czarną jak węgle jej oczu

wtorek, 12 października 2010

POSŁANIEC WIATRU



zakładam zbroję z kolczastych łupin
nie przytulę do serca jesiennych liści
niech brązowieją żółkną
albo czerwienieją ze złości
niech przemijają
jak krzyk dzikich gęsi

nie będę szukał klucza
za długo mieszkałem z wiatrem

słomianym źdźbłom tak niewiele potrzeba
lżej przylgnąć do ziemi
ugasić pragnienie z kałuży
napęcznieć albo rozkruszyć się w nicość
pod niezdarnym butem
absurdalnie kolorowo

sobota, 9 października 2010

WYSOKI SĄDZIE



na półmisku z bukietem niezapominajek
leżał półkrwisty stek wśród sadzonych jajek

pod stołem kot siedział dziwnie cicho
o czym myślał jedno tylko wie licho

może nawet spał kocim snem
koty czasem mylą noc z dniem

dzwonek u drzwi odwrócił historii bieg
z półmiska niespodziewanie zniknął stek

i proszę mi wierzyć że gdyby nie ten młotek
nadal by siedział pod stołem kotek

środa, 6 października 2010

NATURALNE ZESTAWIENIE



słonecznikowe pola
do złudzenia przypominają
połacie ziemi porośniętej rzepakiem

z daleka jednakowe
żółte prostokąty lub kwadraty
pośród zieleni

z bliska niepodobne
jedne groniaste drugie piegowate
kierują się w stronę jaśniejszego

poszukuję granicy kontrastu
w lustrzanym efekcie
odwrócenia podstawowych kolorów

nieba nad słonecznikami
i chabrów pod słońcem

niedziela, 3 października 2010

KIEDY WIATR ZAWIEJE RAZ JESZCZE



złota jesień pustoszeją drzewa
liśćmi utkane barwne kobierce
i coraz ciszej ptak w parku śpiewa
z kolczastych łupin na trawie serce

słońce promienie we włosy wplata
ażur pajęczyn zasłania róże
wiatr babie lato zręcznie zamiata
żurawie kluczem żegnają w górze

w kałużach tańczą maleńkie krople
deszczu co spacer nagle zakłócił
pod parasolem jednak nie zmoknie
pomysł co w wiersz się nowy obrócił

niedziela, 19 września 2010

W OBJĘCIACH



inspirowane tematem książki "Wilki w ścianach" Neila Gaimana

kosmate łapy przesuwają się wzdłuż ściany
w miarę jak napęczniały księżyc
wygląda zza chmur

coraz bliżej
szeroko otwartych oczu i łomotu serca
dostrojonego do tykania zegara

szczeble łóżeczka
zbyt rzadkie zbyt słabe
by zatrzymać osłonić ukryć

a wilki za oknem
wilkołakom obiad szykują
skowycząc

n-i-e w-c-h-o-d-ź-c-i-e

drzwi coraz szerzej
podchodzi do gardła porywa unosi
coś ktoś głos czyjś jak miód

śpij kochanie
to wiatr gruszą kołysze
panną młodą kwiecistą

gałązkami w okno stuka
księżyc zagląda pełnią
serdecznego uśmiechu

czwartek, 9 września 2010

NIBY NIC


właściwie nic się nie stało
gołąb jak dawniej wydziobuje ziarno z ręki
stary Jan czyta gazetę paląc fajkę
od lat twierdzi że papierosy zabijają

właściwie nic się nie stało
w piekarni ciepły chleb w kolejce ludzie
wyłuskują z portmonetki drobne na zakupy
zamieniają parę grzecznościowych słów przy wyjściu

właściwie nic się nie stało
serce bije jak wczoraj rytm zatokowy w normie
żebrak pod kościołem w tym samym ubraniu
rzucam parę groszy które i tak nie wykupią od śmierci

wtorek, 7 września 2010

SEN W WANNIE



Moje ciało, to piana
Tak, jak ciało bogini.
Cała jestem skąpana
W jednej szklance martini.
W cytrynkowej wodzie
Spoczywa me ciało.
Tyle piany ubyło,
A tyle zostało.
Błogie ciepło przenika
I serce, i ręce.
Coraz więcej cytrynek
W lazurowej łazience.
Zamykam oczy i samolotem
Lecę do Neapolu, a potem,
Na statku „Colombo”,
Płynę na Czarny Ląd:
Do Ghany, do Kongo.
Stamtąd, przez Kraj Kwitnącej Wiśni,
Do celu podróży. Do USA.
Tam otrzymuję bilety dwa
Na bal sylwestrowy, co może się przyśnić.
I wreszcie spotykam ciebie.
Otaczasz mnie ramieniem
I czuję jednym westchnieniem,
Że jestem w siódmym niebie.
Zajeżdżamy powozem na bal.
Otulona w śnieżnobiały szal,
Po schodach wchodzę na salę.
Przy tobie nie boję się wcale
Tych spojrzeń, szeptów, kreacji...
Siadamy przy stole do kolacji.
Za chwilę kelner w smokingu
Poda wykwintne potrawy,
Wniesie pierwsze napoje.
/Jednak trochę się boję?/,
Będzie życzył udanej zabawy.
Później, na dancingu,
Wśród setek ludzi, setek gwiazd,
Nie będzie nikogo, oprócz nas.
Na spacerze w nocy
Istnieć będą tylko twoje oczy,
Twój głos, słowa, usta.
Nie, ta noc nie będzie pusta!
Prosisz mnie do walca.
Wstaję i na palcach
Wiruję a ze mną świat cały.
Za światem wiatr tańczy walca.
Po rocku i twistach
Zanurzamy wargi w kieliszkach.
I nagle zimno. Prysnął czar.
Znikli goście, zniknął bar.
Z butelki obok wylał się trunek.
Gestem przesłałeś mi pocałunek.
Ktoś do martini mi wrzucił lód!
Otwieram oczy. To wody chłód...

czwartek, 26 sierpnia 2010

ODA DO ŚRODY



kartki z kalendarza
w pastelowych barwach
od śnieżnej bieli po wyblakłe żółcienie
zatrzymują czas
w regularnych prostokątach wiotkich kartoników
z wyraźnie wypisaną pogrubionym drukiem
nazwą dnia tygodnia

błądzi wzrok
w zależności od dystansu
odczytuje w zmiennych ostrościach

o środo ty moja dzisiejsza
od wczesnego świtu
aż po poczerniały zmierzch
w samym centrum siedmiodniowego interwału
ile w tobie niezmierzonych możliwości
kalkulacji poczynionych wcześniej planów
poszukiwań lepszych rozwiązań

ile nowych marzeń i nadziei na spełnienie
w komfortowym przekonaniu
że to jeszcze nie koniec
i wszystko zdarzyć się może
niezależnie od tego
czy słonecznym blaskiem
czy deszczem powitasz

ze stoickim spokojem
ufnie zanurzam się w kolejne minuty
wierna arystotelesowskiej teorii
złotego środka

sobota, 14 sierpnia 2010

NAGA PRAWDA

krzyczeli że jest goła
bezwstydnie obnażona
ladacznica i zgorszenie świata

nie dla niej okładka vogue
zbyt wiele rubensowskich krągłości
dzisiejsze modelki muszą przecież być szczupłe

i chyba za stara pomarszczone ma czoło
na prawym ramieniu bliznę
po źle zagojonej ranie

pospolita wcale nie piękna
wręcz koszmarna bez sukienki od diora
i butów versace

a ona bosymi stopami
twardo stanęła na zimnym kamieniu
głowę dumnie podniosła do góry

oto ja tu i teraz
bez koronek pereł i złota
wasza prawda

przecząco pokręcili głowami
nie taką chcieli
nie taką chcieli mieć ją dla siebie

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

PROCENTY ROZŁOŻONE


kręci się
w głowie karuzela
kolorowy motyl goni
rudawego lwa

niebieski słoń
zakreśla trąbą kolejne koło
fortuny czy jej braku
w zależności od uniesienia

wirują filiżanki
upstrzone różowymi sercami
bez fusów po herbacie czy kawie
zamiast nich spoczywam bezwładnie

ja
na dnie

środa, 4 sierpnia 2010

KOMPOZYCJA


biedronka
uroniła łzę nad biedą
chociaż pewnie biedronki
nie ronią łez

czarne myśli
przykleiła kropkami do sukni
wyglądały weselej
na czerwonym tle

rozpostarła skrzydła
i całkiem kolorowo
sfrunęła na zielone źdźbło

taki obraz zobaczyła mrówka
nad słonecznikami niebo
w oczach szkło

sobota, 17 lipca 2010

MIESIĄC INNY NIŻ WSZYSTKIE


lipiec ma smak lepkiego miodu
zlewanego w pasiekach
z plastrów wosku do szklanego słoja

zapach lipowych kwiatów
kołyszących się pod ciężarem
brzęczących basem pszczół

dotyk splecionych rąk rytm pulsujących serc
ja Małgorzata biorę sobie ciebie...
ja Adam... ślubuję ci....


lipiec ma barwę promieni słońca
muskających złote obrączki
i bezchmurnego nieba w szczęśliwych oczach

weselnym marszem
opowiada o miłości
ciepło tak

niedziela, 11 lipca 2010

SKŁADANKA ŚLUBNA


podaj rękę
od dzisiaj już razem
pobiegniemy przez życie

od wczesnego poranka
przez dzień cały wieczór noc
i aż po świt

w kalendarzu
zapiszemy własne kartki
przez kolejny miesiąc potem rok

wspólne lata
w bukiet życia ułożymy
niechaj kwitnie i pięknieje w każdy czas

i niech miłość
co złączyła nas w tej chwili
całe życie równie mocno łączy nas

czwartek, 8 lipca 2010

ROZTERKI ETYMOLOGA


ja pożeracz słów
rozgryzam wolność
smakuję kęsami
wolno a mimo to
ością w gardle utkwiła

myślałem bez granic
lepiej mi będzie
bez zasad i norm
gdzie mogę wszystko
zawsze ja i moje

myliłem się bo inni
myśleli tak samo
więc teraz pytam
po co ta wolność
gdy znowu chaos

wtorek, 6 lipca 2010

DOTYK



świat ukrył się w ciemnościach zbyt wcześnie
nie zdążyła poznać łąki
pełnej chabrów i rumianku

wyciągała niepewnie ręce
starając się dotknąć rzeczywistości
abstrakcyjnej i konkretnej zarazem

dłonie stawały się najważniejsze
rozpoznawały kształty
błądząc po ostrościach i wypukłościach

najbardziej zachwycały kwiaty
palcami rozgarniała miękkie pełne wilgoci płatki
przytulała do ciekawej nowych doznań twarzy

delikatnie muskały wtedy nozdrza drażniły usta
chłodziły rozpalone czoło
czuła je całą sobą i to było miłe

zupełnie jak w książce pisanej braillem
której zakończenia rozmytego przez falę
nie przeczyta nigdy

niedziela, 13 czerwca 2010

PRYZMATY MYŚLI IV


posłuchaj moja mała babette
to okręty wpływające do portu
syrenami witają stały ląd

powracają z dalekiej podróży
aby rzucić cumy
bezpiecznie kołysać się na falach
do następnego rejsu

może odpłyną już jutro

pewnie nie raz
przemierzą niespokojne wody
nie jedną przetrzymają burzę
gdy zabłądzą
wyznaczą nowy kurs

najważniejsze
aby miały dokąd wracać

piątek, 4 czerwca 2010

WIOSENNA WARIACJA NA 3/4


- dla Danieli Polasik
inspirowany jej wierszem
pt. "Z wiolinowym kluczem"


z wiolinowym kluczem w kieszeni
pośród świerków żarnowców i bzu
w gęstwinie wiosennej zieleni
biegnie drogą aż braknie jej tchu

poły płaszcza fruną na wietrze
rozpostarte jak ptasie skrzydła
wonią kwiatów nęci powietrze
cieszą oczy liście parzydła

raz pod górę raz w dół za drogą
pod butami żołędziowy grad
pająki zrozumieć nie mogą
skąd na nie deszcz lila płatków spadł

MOŻNA I TAK

W wygodnym fotelu
jak w zwinnym canoe
płyniesz wraz z nurtem Amazonki
w meandrach myśli tropikalny las
anakonda połyka krokodyla
nie potrzebujesz aż tak wiele
może tylko paluszki i keks.

Na południu Afryka
Sahara sypnęła piachem w oczy
nie pomogą pustynne róże
sucho w gardle i tylko w oazach
daktylowe palmy kłaniają się
tamaryszkom fatamorgana
mineralna pod ręką jak dobrze.

Parę kartek na wschód
chiński mur można ominąć
gorzej z Himalajami i Żółtą Rzeką
stożki wulkanów wznoszą się
wysoko nad ryżowe pola
feng – shui i chińskie pałeczki
sprzyjają medytacji przy herbacie.

Daleko do polarnego koła
psie zaprzęgi bez rozkładu jazdy
gdzie Antarktyda a gdzie Arktyka
na skróty przez spis treści wracasz
topnieją kostki lodu w centrum
gdzieś pomiędzy biegunami
bujanego fotela.